poniedziałek, 17 grudnia 2012

#108 QUICKLY-SAID: MAN WITN THE IRON FISTS (2012), THE COLLECTION (2012)

Witam, powracam po bardzo długiej przerwie i mam nadzieję, że na nowy rok 2013 rozpocznę bardziej regularną serię recenzowania filmów premierowych w serii SQ oraz w RECKACH, a w drugiej kolejności w seriach NA LUZIE bardziej pokrętniej o kinie. Plakaty będą bardziej aktualne i selekcjonowane lecz już bez rozpisywania. Stara konwencja, na przedostatni grudniowy rzut dwa filmy: THE COLLECTION i MAN WITH THE IRON FISTS. Zapraszam!

THE COLLECTION (2012)
ocena: 6/10
coś o filmie: Arkin dalej się broni! Wizualny odpowiednik piły i zdecydowanie gorszy film od swojego poprzednika - części pierwszej THE COLLECTOR. Ta mieszanka pokracznego czarnego humoru, kilku wymyślnych narzędzi zagłady prosto z Piły oraz zgraja debili - policjantów, którzy tylko robią za sztuczne tło, to miejsce popisów reżysera odpowiedzialnego za kilka ostatnich wyżej wymienionych Pił. Wielkie plusy dla kobitek, drobnych kobitek, które pojawiają się na minuty ale za to w jakim stylu: Emma Fitzpatrick oraz Erin Way, pierwszą można kojarzyć z Social Network, kolejną z serialu Alphas - cudowne aktorki, wróżę im świetną przyszłość w branży filmowej. Niezastąpiony Arkin to nikt inny jak znany z wielu filmów (chociażby ostatni Batman Nolana) Josh Steward. Pozostałe role nie są warte nawet wspomnienia. Efekty wizualne są bardzo miłe, elektryzujące, może nawet drażniące, z bombowym montażem po prostu porażają widza i tworzą faktycznie - napięcie godne poprzednika ale patrząc na chory scenariusz i błahą obsadę ról drugoplanowych więcej niż 6 punktów nie dostanie ode mnie.

MAN WITH THE IRON FISTS (2012)
ocena: 8/10
coś o filmie: MAN WITH... to dzieło RZA po konsultacji z Q. Tarantino. Film to klimatyczne banbusowe kino z czarną ścieżką dźwiękową (stereotypowy rap). Jak lubię kino "bambusowe" to wszelakie mieszanki są jeszcze lepsze. RZA w roli głównej przenosi potyczki ganów w południowych stanów USA w realia XVIII wiecznych Chin. Scenariusz może nie powala ale jest fajną historią kowala, który notabene miał styczność z Shaolin w połączeniu z mentorem jakim stał się dla niego Russell Crowe, troszkę za bardzo cwaniakuje. Film zbiera esencje Tarantinowskiego filmu: specyficzny humor, fontanny bijatyk, krwi i pyskówek oraz finezje kina azjatyckiego z Luci Liu na czele (uwielbiam te jej skośne oczka). W filmach Quentina nie można za bardzo czepiać się realizmu - biolodzy i lekarze mdleją, dlatego należy oglądać go z przymrużeniem oka.

Jeżeli się podoba, jeżeli chcecie to zapraszam na stronę facebookową: OniryzMovie
Polecam również ostatnie recki sprzed tysiąca lat:
RECKA: Zabij się głupcze!
SQ: #101

Brak komentarzy: