piątek, 1 lutego 2013

#128 NA LUZIE: Kino specyficzne (część II: HOLY MOTORS)

Po długim czasie milczenia postanowiłem na rozgrzanie tego zapoczątkowanego na początku października 2012 roku tematu poruszyć bardzo istotny dla kinematografii film, który wywołał ogromne zamieszanie na świecie i w dalszym ciągu porusza gdyż w styczniu dotarł i do naszych kin. Mowa tu oczywiście o Holy Motors (2012). Film Leosia Carax, który po 13 latach od Złotej Palmy za Pola X w dalszym ciągu potrafi zadziwić, rozbawić i poruszyć widza. Zapraszam do niecodziennej recenzji!
Leos Carax już od małego zamarzył zostać artystą, niecodziennym, szalonym i nihilistycznie nastawiony do świata. W wieku 22 lat nakręcił melodramat Boy Meets Girl i się rozpoczęła lawina awangardowego reżysera, który nie udziela wywiadów, a jeżeli już się mu zdarzy to na trudniejsze pytania odpowiada bardziej zdawkowo lub ironicznie. Kilka miesięcy temu miała miejsce premiera filmu Holy Motors i była to rzecz niesłychana gdyż po kilkunastu latach Leos nakręcił coś co w dobie filmów masowych, jest oryginalne, szokujące i jednocześnie przykuwające wzrok.

Film pokazuje hostorię Oskara, osoby pracującej dla "nie wiadomo kogo", jego zadaniem jest wcielanie się w różne postacie, zatracając swoja osobowość. Ma on w swojej limuzynie ogrom kostiumów, rekwizytów i pomocy niezbędnych do swojej "pracy" oraz stertę zadań na każdy dzień. Dokumenty mówiące o nowej tożsamości, która ma być jego ego przez kolejne kilka godzin. Zaprawdę dziwny to film i dwojako można do niego podchodzić. Wydaje się surrealizmem, ale bardzo realnym. Patrząc pod innym kątem wydaje się nawet, że to dramat science fiction choć ja sądzę, że jest to opowieść każdego człowieka, cząstki drzemiącej w nas samych. Istne zakładanie Gombrowiczowskiej maski.

Fabuła zagęszcza się z minuty na minutę, akcja chwilami zwalnia i szepcze do ucha listy miłosne starca, który chce uregulować rachunki młodości, aby po chwili przyśpieszyć i wyśpiewać dla widza pieśń pochwalną życia. Szalone sceny rodem z surrealistycznych legend przechodzą w chwilę dramatycznych rozważań nad sensem życia, sensem zmieniania oblicza i zachowania, sensem istnienia. Morałów jest ogrom, finał jest zaskoczeniem, a sam film jest odpowiedzią reżysera na pytania dziennikarzy "dlaczego kręci takie, a nie inne filmy". Historia o zmechanizowanym świecie, samotności i nadziei.

Obsada jest równie cudowna, poza śliczną Evą Mendes i Kylie Minogue mamy rewelacyjnego Denisa Lavant (Pierrot z Don Juan) i Edit Scob (Sylvia w filmie Vidoq). Zdjecia były kręcone w Paryżu, Leos Carax zaoferował rolę Jean, byłej kochanki Pana Oscara, swojej byłej dziewczynie, Juliette Binoche ale jak podaje sam reżyser, ostatecznie "nie mogli się dogadać". Następnie napisał rolę od początku i obsadził w niej Kylie Minogue

posterek:
reasumując
muzyka: 10/10
scenariusz: 9/10
efekty: 8/10
aktorstwo: 10/10
frajda: 9,5/10

1 komentarz:

Katarzyna Szolc pisze...

Widzę, że tak samo zrozumieliśmy ten film:) jednak ja nie jestem aż taką fanką kina surrealistycznego, dlatego dałam ocenę 7/10.