niedziela, 10 marca 2013

#141 [K] Pomarańcze, kwaśne miny do dobrych filmów

Felieton Film Fikcja
Pomarańcze, kwaśne miny do dobrych filmów
Jest połowa Wielkiego Postu, po kilku tygodniach zwlekania siadłem do filmu The Oranges z 2011 roku. Miałem małe obawy co do tego „czegoś” gdyż jest to najnowszy film z Hugh’iem Laurie, a jednocześnie pierwszy po serialu House M.D. występ aktora na ekranach, tym razem kinowych.
Dzięki Bogu, że jeszcze nie widzieliśmy go w krajowych kinach, gdyż prawdopodobnie za wcześnie, dla wielu osób na taki film u nas za wcześnie. Nie twierdzę, że widzowie nie są gotowi, że nie ma osób, które podoba się ten typ filmu dramatycznego, ale w najbliższym czasie nie ma chyba miejsca w multipleksach na film tego typu. Widzę, że repertuar jest rozciągnięty blockbuster’ową papką, a kina niezależne nie chcą filmów tego typu wypuszczać. Podobna sytuacja była z filmem The Perks of Being a Wallflower z tamtego roku. Podobna sytuacja gdyż ta produkcja jest jednym z najlepszych dramatów 2012 roku, a u nas pod tytułem Charlie wyszedł tylko na dvd vel blu-ray. Córka mojego kumpla bo tak film się będzie nazywał, albo już nosi taki tytuł na okładkach płyt dvd będzie sprzedawany
za rok po promocyjnej cenie 9.99 w wielkich metalowych pudłach w centrach hipermarketów.
Robi się coraz dziwniej, nie tylko z przemysłem, który (tak wiem, wiem) rozwija się i zmienia z roku na rok. Widzowie są bardziej wybredni chcą lepszych, a jednocześnie prostszych historii. Jak wiemy, tak się nie da. Dobra historia dramatyczna (na faktach czy też nie) nie będzie się równać w statystykach z The Avengers, Hobbit czy też Skyfall, a gdyby nawet co w 90% jest to adaptacja. W tamtym roku widziałem kilka filmów, które tworząc świetny klimat i pokazując świetne aktorstwo były jednocześnie oryginalną historią, a tylko jeden stanął na wysokości zadania i dostał u mnie najwyższą ocenę, był to obraz pod tytułem The Words.
Jest początek marca, do tego czasu wyszło kilkanaście megahitów (wiele totalnych porażek, a hity nie miały jeszcze czas zabłysnąć w naszych kinach), a filmów „trudnych” raptem kilka, beznadziejnie zapowiedzianych i odgrzewanych (zeszłoroczne filmy spychane na nowy rok akurat przed rozdaniem Oskarów). Pomyłki
z marketingiem bywają coraz częstsze, a wiele takich perełek prezentuje miedzy innymi Quentin(blog) czy blog PlakatyFilmowe, bardzo cenię ich pracę i poczucie humoru, no i oczywiście są jednym ze źródeł absurdu kinowego. Prezentowany niedawno Poradnik Pozytywnego Myślenia był reklamowany jako komedia (what?), a Lincoln jako thriller (szalone napięcie podczas kilkunastominutowych monologów). Jakby tego było mało, telewizja (część publiczna) powinna poszerzać kulturę, jej misją jest poszerzanie kultury – pytam się gdzie? Do 2005 roku pokazywana była transmisja rozdania Oskarów (o mizerności tej nagrody pewnie jeszcze napiszę, ale prestiż jest wielki i z nagród, najbardziej znany) w telewizji publicznej, kolejne dwa lata to relacja z czerwonego dywanu (plus świetne grono publicystów i krytyków w studio), a od 2007 roku tylko płatna transmisja w stacjach platformowych. Jestem zniesmaczony, zmieszany i wstrząśnięty takim obrotem sytuacji.
Nie będę pisał co kino „powinno” zrobić, wiem tylko, że aby wrzucać dobre żarcie w restauracji należy dodawać dobre, świeże składniki, a nie tylko o nich mówić. Wiele akcji kinowych typu Kobiece Xxxx (w miejscu „x” wstaw dzień tygodnia) czy Kino Xxxx (w miejscu „x” wstaw „Konesera / Krytyka / Znawcy”) są dobrym pomysłem, specjalne seanse, noce kina czy maratony, świetny pomysł ale na litość Boską wrzucajmy coś nowego, europejskiego, a nie odgrzewane premiery z roku zestawione w zależności od tematyki. Dziękuję dobranoc, wracam do Lauriego, a następnie Tabu (2012) marcowy hit, szkoda, że do kupienia na e-bay’u.

Brak komentarzy: