niedziela, 7 kwietnia 2013

#161[NL] TOP SCI-FI (90') część 2/2

Witam wszystkich czytelników OniryzMovie. Zapraszam na drugą odsłonę filmów dekady. Bardzo, ale to bardzo subiektywna lista hitów kina science fiction rozwija się bardzo powoli ale mam nadzieję, że efekt satysfakcjonuje. Dzięki uprzejmości portalu lubiEFilm, top 33 dekady jest wyświetlany również na ich portalu więc jeżeli chcecie zobaczyć jak wygląda moje notowanie w innym środowisku to zapraszam na tą właśnie stronę. W tym też poście zaprezentuję 3 filmy poza konkursowe o poziomie efektów i fabuły przekraczającej wszystkie ramy, takie perełki kina z tej dekady. Zapraszam na kino science fiction mojego dzieciństwa!

1996
Urodzony w Niemczech reżyser i scenarzysta, który został zauważony dzięki śmiałemu stosowaniu efektów specjalnych i pewnej ręce w dziedzinie fantastyki wizualnej, Roland Emmerich jest znany głównie z Dnia Niepodległości, najśmielszego i najbardziej efektownego filmu 1996 roku. Rewelacyjnie przedstawiona inwazja obcych, szalone i zapierające dech w piersiach efekty specjalne i wizualne, elitarna obsada: Will Smith, Jeff Goldblum, Bill Pullman czy chociażby Judd Hirsch no i oczywiście kosmici, którzy poniekąd są jedną wielką akcją wyciągnięcia tajemnicy o Roswell. Co ciekawe, prawie połowa tekstów Jeffa Goldbluma była improwizowana, a dekoracje i scenerie były wypożyczane od innych kultowych filmów. Szczerze? Nie interesują mnie w tym filmie błędy, niedociągnięcia i  niedomówienia - film jest dla mnie kultowym dziełem science fiction i informacja z ostatnich kilku tygodni jakoby Emmerich planował stworzyć kontynuacje na rok 2014 bardzo mnie ucieszyła. Mówi się, że czas akcji to 20 lat po pierwszej inwazji, ludzie pobrali wszystko co się dało z technologii obcych i są gotowi na kolejną inwazję, wiadomo również, że Will Smith nie wystąpi (a szkoda).
Tima Burtona znam prawdopodobnie lepiej niż jego adwokat, a przeanalizowanie jego pierwszych 10 filmów wystarczy by nadać Marsjanom tytuł najlepszej komedii od Burtona i jednego z niewielu filmów science fiction tego ekscentrycznego reżysera. Mars Attacks! - tak brzmi kolejne dzieło traktujące o inwazji przybyszów o bardzo ironicznej i bezczelnej budowie głów. Jack Nicholson i Pierce Brosnan w komedii - pasuje ale dodajemy jeszcze Dannego DeVita i już atmosfera się zagęszcza, Michael J. Fox w swoim (jak do tej pory) przedostatnim filmie kinowym zasługuje na gromkie brawa i aby uzupełnić kocioł przezabawnej parodii science fiction Burton dodał Martina Shorta i Glenn Close. Dla mnie to wystarczyło i wszelkie płacze odnośnie przewidywalnego scenariusza Jonathana Gemsa mnie nie intersują. Burton bywa zabawny i basta.
Podobnie jak zwierzaki z Looney Tunes w filmie Space Jam. Michael Jordan u szczytu swej sławy zagrał razem z animacjami w Kosmiczny Mecz, którzy oczywiście wygrał tak jak i ten filmy w moim notowaniu gdybym wklejał i filmy animowany (jak w przypadku Ghost In The Shell).
Powinienem również szeroko rozpisać się o Ucieczce z Los Angeles. Powinienem mówić jak bardzo podobny jest do fenomenalnego filmu z 1981 roku traktującym o Nowym Jorku ale nie pisnę słowem gdyż jest to już kopia, powielanie i zastępowanie świetnie sprawdzonych ujęć i chwytów czymś mizerniejszym i gorszym nie wspominając już o Escape from New Jersey z 2010. To już totalna żenada.
The Island of Dr. Moreau z tego też roku to już piąta i moim zdaniem najlepsza ekranizacja powieści H. G. Wellsa. Wiele złego można powiedzieć o tym filmie, że najgorsza rola Marlona Brando, że David Thewlis to uzdolniony facet ale beznadziejnie dobierał filmy no i że Val Kilmer sprawdza się tylko w roli Batmana. Dla mnie fenomenalną prace włożyła Fairuza Balk, znana chociażby ze Szkoły Czarownic czy później z American History X. Drugim niezastąpionym ogniwem tej ekranizacji jest Ronald "małpiszon" Perlman jako Głosiciel Prawa. Małpiszon to oczywiście moje określenie po filmie Obcy 4 lub Blade II gdyż jak wiemy, jego postacie i atawistyczne zachowania w wielu filmach porównują go do takiej wielkiej małpy (bez urazy Ron). Sam film posiada cudowną charakteryzację i mroczny klimat, a to w połączeniu z zaskakującymi zwrotami akcji to już połowa sukcesu.

1997
Rok 1997 był dobrym rokiem dla Sama Neilliego, na początku stanął za kamerą dokumentu o trupie teatralnej z Nowej Zelandii w produkcji pod tytułem On the Road with Red Mole, następnie zagrał jedną z głównych ról u boku Sigourney Weaver w Śnieżce dla dorosłych, a na sam koniec dostał główną rolę w filmie Event Horizon. Opowieść o zaginionym statku Event Horizon i o ekipie ratunkowej, która znajduje go krążącego bezwładnie po orbicie Neptuna, od samego początku nie powala, aktorstwo poza Samem i Fishbournem nie powala, a scenariusz po części zaczyna być bardzo przewidywalny. Paul W. S. Anderson to reżyser o niebanalnej wyobraźni i świetnym wyczuciu smaku lecz w tym filmie musiał zastosować ogrom pracy aby powycinać najokropniejsze i najdziwniejsze sceny aby całość była zjadliwa. Ogrom podprogowych tekstów i detali sprawia, że to dzieło posiada niespotykaną atmosferę i specyficzny klimat jakiego inne filmy z tego okresu mogą tylko pozazdrościć. To horror emanujący tak cudowną i zarazem straszna wizją podróży w czasie, że można go pooglądać tylko jeden raz, nie więcej i co najważniejsze nie mniej gdyż dla fanów gatunku to pozycja obowiązkowa.

Akcja filmu Wysłannik przyszłości toczy się w przyszłości, a dokładnie w teraźniejszości gdyż widzimy rok 2013, Ameryka została zniszczona przez  III wojnę światową, ocalała ludność żyje w niewielkich skupiskach, unika wzajemnych kontaktów. Pojawia się jednak tajemniczy nieznajomy, wędrujący od wioski do wioski, grający sceny z dramatów Szekspira. Oto krótko opis filmu z Kevinem Costnerem, który nie zaszalał, nie porwał,a ze strony fabularnej był świetną produkcją dla spragnionych wrażeń fanom Willa Pattona i myślę, że na tym poprzestanę.
Starship Troopers to adaptacja powieści Robert A. Heinlein, o którym już wspominałem. Świetnie zrealizowane strzelanie do kosmicznych insektów, brutalnie potraktowana wizja niedalekiej przyszłości i bardzo humorystycznie odzwierciedlona wojskowa propaganda to tylko niektóre z wielu aspektów utrzymujących ten film na tak wysokiej pozycji w moim notowaniu. Jeszcze czegoś brakuje? To jeden z pierwszych filmów z Neilem Patrickiem Harrisem w obsadzie.
Wielki sukces jaki zyskała pierwsza część Parku z Jury spowodował mobilizację Spielbierga i ponownie na kanwie skryptu Davida Koeppa nakręcił kontynuację przygód z dużymi gadami w rolach głównych. The Lost World: Jurassic Park, do którego dokoptowano Petera Stormara, Pete Postlethwaitea i cudowną Julianne Moore - jak nie kochać takiej produkcji?
Osobiście nie przeszkadza mi nominacja do Złotej Maliny czy ogromne braki i niedociągnięcia. Jestem ogromnym fanem powieści Crichtona i każda, nawet najgorsza ekranizacja jest w mojej video-półeczce mile widziana. Tak jest również z filmem
Strach, paranoja, podejrzenia i desperacja to hasła na plakatach filmu Cube. Zrealizowany tanim kosztem i w malutkiej obsadzie, w jednym pomieszczeniu, w jednym budynku film Vincenzo Natali to udowodnienie, że wystarczy dobry pomysł i zgrany zespół, a za niecałe 16 tysięcy dolców można zarobić ogromne sumy. Fabuła na pozór jest dość banalna: grupka osób, budząca się w tajemniczym sześcianie, olbrzymiej machinie pełnej morderczych zasadzek, dwoi się i troi, aby wyjść z pułapki cało. Z czasem jednak okazuje się, że zabójcze sidła to doskonały twór tysięcy pomieszczeń, wielki labirynt o nieprawdopodobnej ilości ciasnych korytarzy. Labirynt, który się porusza i zmienia lokacje względem mijanych pokoików. Ludzie nie zostali wybrani przypadkowo, a późniejsze części filmu nie tyle podwajają pytań co nie przynoszą oczekiwanych odpowiedzi. Wiele teorii, jeszcze więcej zagadek i tajemniczych podtekstów - to co kocham w filmie science fiction.
Alien: Resurrection - najbardziej komiczna i zabawna część Obcego. Najciekawsza i najlepiej dopracowana wersja reżyserska całego cyklu. Najbardziej oderwana od pierwowzoru, a mimo to z najlepszą obsadą. Mam ogromny sentyment do Aliensów i mógłbym pisać za i przeciw, ale przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że dwie diwy hollywoodu spotkały się w miejscu i czasie kiedy były najbardziej płodne artystycznie i śliczne Sigourney Weaver i Winona Ryder. Nie można zapomnieć o francuskiej gwieździe: Dominique Pinon i świetnym Michael Wincott - to oni utrzymali film w ryzach kosmicznej strzelaniny i nie zapomnieli o całej tej powadze na twarzach.
Faceci w czerni to adaptacja której serii komiksowej o agencji do spraw kontaktów z innymi cywilizacjami, należy dodać, że pozaziemskimi. Jest to komedia fantastyczno-naukowa. Na Ziemię napływa ciągła emigracja z kosmosu. Przybysze doskonale potrafią się kamuflować przybierając wygląd zwykłych Ziemian, dlatego ludzie są nieświadomi ich obecności. Kontrolę nad tym kosmicznym napływem sprawuje specjalna, ściśle tajna jednostka. Jej członkowie charakteryzują się tajemniczością i oczywiście czarnymi garniturami. Świetna kreacje Willa Smitha i Tommy Lee Jonesa utkwiła w pamięci bardzo głęboko i nawet kiepska część III nie może skalać pierwszych dwóch części. Komedia obowiązkowa dla wszystkich fanów teorii spiskowych.

1998
Klęska głodu w Sudanie, burza lodowa w Ameryce Północnej, katastrofa kolejowa w Eschede, a filmy science fiction trzymały się bardzo dobrze. Nowa wersja klasycznego thrillera o japońskim potworze.  powstała do życia bardzo szybko i równie szybko osiadła na dnie kiczowatości naukowej fikcji. Podczas prób atomowych na atolu Mururoa w latach pięćdziesiątych zostają napromieniowane jaja żyjących tam gadów. Cztery dekady później na Pacyfiku pojawia się ogromne zwierzę, atakujące statki japońskich rybaków. Ten prosty i zarazem kultowy scenariusz filmów Terry O. Morse i Ishirô Hondy nie przypadł do gustu fanom gatunku, co więcej, stał się parą betonowych bucików dla Matthew Brodericka w jego filmowej karierze. Jak trąbie od kilku tygodni, ruszyła produkcja najnowszej wersji tego demonicznego zjadacza karier i Godzilla A.D.2014 zadebiutuje w połowie maja przyszłego roku.
Thriller science fiction w reżyserii Alexa Proyasa. John Murdoch (Rufus Sewell) nie może sobie przypomnieć, kim jest, a ni jak znalazł się w pokoju hotelowym. Po pewnym czasie dowiaduje się, że jest podejrzany o popełnienie kilku morderstw. Wkrótce wpada na trop tajemniczej organizacji. Jego sprzymierzeńcem staje się doktor Schreber (Kiefer Sutherland). Ten krótki opis to sytuacja filmu Dark City, na moje nieszczęście (albo i szczęście) za każdym razem, kiedy siadam do filmu oczy się same zamykają, rzecz jasna, że za 5 czy 6 razem dokończyłem i muszę przyznać, że mimo poziomu dialogów i efektów jest to kino średnie, pozbawione głębi (mimo głębokiej fabuły) i tego czegoś co uwięziłoby widza na cały seans.
The Avengers to nie adaptacja serii komiksów studia Marvel, a remake kultowego w pewnych kręgach filmu z lat 60'. John Steed (Ralph Fiennes) i dr Emma Peel (Uma Thurman) muszą rozwiązać zagadkę anomalii pogodowych, jakie w ostatnim czasie nawiedzają Wielką Brytanię. Okazuje się, że stoi za nimi Sir August De Wynter (Sean Connery), który chce zapanować nad pogodą. Bardzo klimatyczny i bazujący na przygodach Jamesa Bonda film fun-science, fun-fiction w pewnych monetach staje się tak idiotyczny, że nie dziwię się z niskiej oceny. Z drugiej strony to komedia pełną gębą świetnie dokręcona i bogata w świetne gagi i odsyłacze do kultowych filmów sensacyjnych z lat 60 czy nawet jeszcze starszych nori.
No i czas na gigantów, pierwszy z nich to The Sphere bazujący na powieści Michaela Crichtona. Powielę swoją wypowiedź na ten temat otóż jak bez wielkich fajerwerków można pokazać świetne science fiction?Jednym wielkim plusem jest oczywiście obsada i wartka akcja trzymająca w napięciu. Nie mogło zabraknąć również makabrycznych scen (szczegółowo opisanych w powieści) ale skoro film miał kategorię wiekową R to przesytu nie było. Na uznanie zasługują poniekąd doklejane efekty wizualne oraz rewelacyjny mikrowąż morski stworzony przez DJ zespołu Linkin Park (taka ciekawostka dla fanów). Ostatnim atutem filmu jest świetnie wyeksponowanie elementów filmu, prolog, elementy fabuły i zakończenie. Te cechy wyniosły film do mojej gorące trzydziestki.
Drugim, a może pierwszym filmem z 1998 roku będzie kinowa wersja The X-Files z naszym podtytułem Pokonać przyszłość. Akcja filmu dzieje się na pograniczu 5. i 6. sezonu serialu i łączy motyw kosmitów z powielaną dymisją agentów z działu archiwum X. Po latach ten film ponownie wzbudził moje zainteresowanie serialem i obecnie kończę 9. sezonową całość drugi raz od wyemitowania pierwszych odcinków w krajowej telewizji. Co do filmu to oczywiście zgrana obsada, cudowne ujęcia i fajna, w miarę logiczna fabuła, bez żadnych filozoficznych zapaści czy przedłużaczy scen. Miło się ogląda nawet bez znajomości serialu, a fani na pewno byli i będą zachwyceni, jeżeli jeszcze nie widzieli pierwszej części.

1999
Zbliżam się wielkimi krokami do 3 najlepszych filmów dekady, a tym czasem rok 1999 i ogromne niepokoje związane z nową erą, nowym tysiącleciem i tym co przyniesie kolejny rok. Tak się niefortunnie składa, że nowy wiek nastąpił dopiero po dwóch latach, a ogrom ludzi wystraszyła się 4 nowych cyfr w kalendarzu, zamiast zmieniać jedną bądź dwie, będzie trzeba korektorować całą datę. Nowinki technologiczne również stawały się bardziej kosmiczne niż zwykle, rozwój gier komputerowych, zaczątki sztucznej inteligencji czy lawiny technologicznych bejerów z krajów azjatyckich tylko potęgowały niepewność jutra. To samo można było odczuć w kinie nie tak w 1999 ale i wcześniej. Film, w których wirusy przejmowały kontrolę nad całą siecią czy roboty dokonujące inwazji to przeżytek i czasy wymagały nowości. Wiele filmów tego roku nie wypaliło na samym starcie i tak Bicentennial Man czy The Astronaut's Wife okazały się kinową porażką. Ten rok owocował w filmy przy których Nolanowska Incepcja jest tylko kiepską podróbką z dobrymi efektami. Pierwszym z nich to oczywiście Trzynaste piętro. Film opowiada historię programisty zakochanego w swoim projekcie będącym projekcją (miło) miasta na wzór Chicago z 1930 roku. eXistenZ tuż po Incepcji zgasiło moją ekscytację tą produkcją.
Użytkownik zasypiając w miękkim laserowym łożu podłączony kabelkami do komputera przenosi się w świat, w którym może być kim chce i żyć w innej epoce. Sprawy się komplikują i w świecie rzeczywistym (tak nam się wydaje) sprawy przybierają niemiły obrót. Zagłębianie się w fabułę i rewelacyjnie zorganizowany finał spowodował, że kolejny film z dziedziny wielowymiarowości i zaplątania fabularnego stał się wyrocznią dla reszty tego typu filmów i ponowne obejrzenie
Najwyżsi decydenci z Antenna Research, są gotowi do przeprowadzenia testów swojego najnowszego produktu - gry o nazwie eXistenZ, która powstała dzięki zaawansowanej technologii i najnowszym odkryciom nauk przyrodniczych. Jednakże głównym powodem poruszenia panującego wśród uczestników pokazu jest obecność bogini gier komputerowych, Allegry Geller. Twórczyni eXistenZ jest obeznana z najnowszymi trendami gier multimedialnych, posiada ogromną wiedzę i całkowicie poświęca się tworzonym przez siebie dziełom. Świat gier komputerowych całkowicie wciągnął biznes końca XX wieku, padami czy kontrolerami gier są biosyntetyczne albo biointeraktywne stworzenia integrujące się z graczem (człowiekiem posiadającym odpowiedni "port" na plecach do podłączenia galaretowatego, organicznego przewodu) i po załączeniu odpowiedniego "przycisku", stwarzają wirtualną rzeczywistość.
W zależności od doskonałości "oprogramowania" i napisanego scenariusza, wizja jest od mało do nadnaturalnie prawdziwa. Intryga sieje się gęsto gdyż w pewnym momencie nie wiemy co jest grą, co rzeczywistością albo kto gra, a kto mówi prawdziwe frazy. Świetne poplątanie i już wspominana wielowymiarowość dzieła sieje niesamowity zamęt. Mało tego, świetna, dziwna sceneria, chwilami obleśne sceny z "kościanym" pistoletem albo organicznym padem szaleńczo podnoszą ciśnienie - to film jaki lubię - ciężki, wizjonerski i do bólu surrealistyczna, a co najważniejsze, science fiction i oryginalność jakiem obecnie bardzo brakuje.

SUPERPRODUKCJE
Dopracowane w każdym calu, praktycznie bezbłędne (w porównaniu do całości zastosowanych efektów i chwytów) wykonanie no i oczywiście fabularnie nieskazitelne produkcje. Filmy, które na zawsze wpisały się w kanon kina science fiction i na zawsze pozostaną w moim odczuciu najlepszymi filmami historii kinematografii. Wizje tak śmiałe i jednocześnie tak fantastycznie wciągające, że na starcie chciałbym powiedzieć, że wystarczą same tytuły tych produkcji i wszystko wiadomo. Przed Wami 3 najlepsze filmy science fiction dekady:
The Fifth Element (1997)
Co tu dużo pisać? Luc Besson szaleńczo zakochany w Milli Jovovich stworzył dla niej niezapomnianą kreację z kilku rolek pomarańczowej taśmy i wsadził ją do pędzącej kosmicznej taksówki, za sterami której siedzi sam Bruce Willis z identyfikatorem zapisanym na nazwisko Korben Dallas. Piąty element to film science fiction umieszczony gdzieś bardzo daleko i bardzo głęboko w przyszłości. Wszystko co znamy do tej pory to mrzonki i legendy, a religie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Wiek XXIII i Ziemia nie jest jedyną cywilizowaną planetą, wielkie korporacje i jeszcze większe gwiezdne łachudry robią wszystko aby dopuścić do końca świata. Film obarczony o niebywałą ilość przezabawnych scen, świetną obsadę i cudowną ścieżkę dźwiękową jest punktem zaczepnym dla wielu późniejszych produkcji o podobnej tematyce.

Terminator 2: Judgment Day (1991)
Jestem od zawsze na zawsze fanem Terminatora. Jako dziecko przy każdym odpalaniu kaset VHS z filmem siadałem wygodnie na dywanie i zasłaniałem oczy w naj krwawszych scenach, które z biegiem czasu stały się kultowe. Ciężko pisać miliony ciekawych faktów związanych z produkcją i dystrybucją ale jedno napisać trzeba: świetna historia wiążąca podróże w czasie, niepewność przyszłości i wizję postępu technologii. Mechaniczna maszyna do zabijania powraca ponownie aby zabić przyszłego dowódcę ruchu oporu przeciwko systemowi Skynet, który zdołał opanować wszystkie maszyny na planecie i rozpocząć produkcję terminatorów - maszyn do likwidacji ludzi. Moim zdaniem jest  to największe dzieło Jamesa Camerona ever. Po pierwszej, taniej części, reżyser zyskał odpowiednią ilość funduszy do stworzenia niesamowitego kolażu wybuchów, pościgów, kultowych dialogów i scen z koszmarów informatyków. Za te wspaniałe chwile przed telewizorem dziękuję!

Matrix (1999)
Trzeci, a jednocześnie pierwszy największy przebój dekady. Matrix braci Wachowskich (przepraszam, teraz rodzeństwa Wachowskich). Łączący finezję anime nutu cyberpunk i apokaliptyczne wizje końca świata zapoczątkowane przez A.I. (sztuczną inteligencję) film jest jak dotąd najdoskonalszą produkcją z tego gatunku. Jakby to było takie proste to wiele filmów wcześniej wymyśliło coś na kształt, chociażby Ghost In The Shell, ale tylko Wachowscy wsadzili do tej rolki taśmy więcej niż trzy największe religie świata, kilka różnych nurtów filozofii, dwie największe baśnie przełomu XIX i XX wieku oraz ogrom matematyki, teorii gier i informatyki o jakiej się nikomu wcześniej i później nie śniło. Absurdalna sceneria tuneli pod powierzchnią oraz błędy wygenerowanej "macierzy" w naszych umysłach to tylko naparstek emocji, do których dodajemy świetnie skomponowany soundtrack i animowany prequel pod tytułem Animatrix, wyjaśniający wszelkie pytania odnośnie fabuły filmu.
Dzieło nieokiełznane w dalszym ciągu, za każdym razem odnajduję nowe zagadki i nowe odpowiedzi, a tak realna wizja przyszłości albo co gorsza - teraźniejszości może wprawić w zakłopotanie. Matrix jest moim numerem jeden i przed rozpoczęciem seansu powinniście posłuchać jednego z bohaterów filmu: ...zapnij pasy, Dorotko, i pożegnaj się z Kansas!

autor: Maciek 'temptershell' Wojtoń
informacje: imdb.com / filmweb.com / wiedza własna

Brak komentarzy: