wtorek, 9 kwietnia 2013

#162 RECKA: Do ostatniej kropli...

Na dzień dobry, sam nie wiem od czego zacząć, czy mówić słowo wstępu o klasycznym filmie Sama Raimiego czy na dzień dobry rozpocząć od kilku gorzkich słów na temat nowej produkcji. Kilka minusów aby mogła się polać lawina pozytywów gdyż był to jeden z lepszych horrorów od kilku już chyba lat. Nie liczyłem na wiele, szczerze to chciałem zobaczyć tylko przedłużenia zwiastunowych scen i miałem nadzieję, że będzie strasznie, będzie krwawo i będę się cieszył, tym czasem dostałem lawinę krwi, świetnie skręconego horroru i dużo, dużo więcej. Na seans wybrałem się sam i tak sam pozostałem na sali kinowej albowiem tylko ja sam się śmiałem, klaskałem i mruczałem "groovy". Zapraszam!
Krótkie przypomnienie z czym mamy do czynienia. Evil Dead to film słynnego już reżysera cyklu Spider-Man czy chociażby Drag Me to Hell lub Darkman no i rzecz jasna kontynuacji Martwego Zła (część II i Armia Ciemności). Film obrósł legendą już po kilku latach, a druga część będąca swoistym rebootem pierwowzoru (główny bohater ten sam ale reszta troszkę inna i ciąg przyczynowo skutkowy pokrywa się tylko na początku z dziełem z 1981 roku) miała już zabarwienie komediowe aby trzecia stała się parodią samą w sobie. Film stał się punktem zaczepienia dla innych podobnych horrorów bezpośrednio wywdzących się z kina klasy B. Tak, tak to w dalszym ciągu było kino flaków i rzezi, tony masy solnej, ketchup i ogrom żmudnej pracy się opłacał i jak demon wyskakujący ze święconej wody tak i Martwe Zło wyskoczyło na piedestał horroru. Trzy dekady później w główce trzydziestoletniego  Fede Alvareza zakwitł pomysł, a gdyby tak zrobić teraz tą historię, z efektami wizualnymi jakimi nie powstydziłby się sam Raimi, a taką ilością makabry aby się czymś ten horror wyróżniał? I tak też się stało, po błogosławieństwu od Sama i zatwierdzeniu przez niezmordowanego Asha (Bruce Cambell) nowe Martwe Zło powstało.

EVIL DEAD (2013)
Do ostatniej kropli...

część I: Jak się trzyma obsada...
A obsada trzyma się nie najlepiej gdyż chwilami zdaje się być to film rewelacyjnego duetu aktorskiego Louisa Taylora Pucci (Beginners, Carries, Southland Tales czy świetnego ale już zapomnianego The Chumscrubber) oraz Jane Levy jako Mia, a gra obecnie w serialu ShamelessSuburgatory. Ta dwójka sprawdza się świetnie, gorzej z pozostałą częścią pięcioosobowej ekipy czyli pielęgniarka o szerokim (a w połowie filmu jeszcze szerszym) uśmiechu grana przez Jessica Lucas (serialowa dziewczyna urodzona w Vancouver). Mamy też niewydarzoną narzeczoną, która przez pierwsze 40 minut stoi w jednym miejscu i ma buźkę zbitego szczeniaka, jakby nic jej za to nie płacili - Elizabeth Blackmore, no i nasz ukochany goguś David (aka nowy Ash, a przynajmniej na to liczyłem) grany przez młodego i już obeznanego z wielkim kinem Shiloh'a Fernandeza. Dziwię się takiemu doborowi aktorów gdyż jak było do przewidzenia, nie do końca podołali, a debiutować z taką kinową kobyłą ciężko bez dobrego aktorskiego wsparcia. Obsada męczy nas powiedzmy przez kilkanaście minut, aż do momentu kulminacji czyli otwarcia Księgi umarłych. Chciałoby się powiedzieć, że trup zaczyna padać gęsto ale w tym akurat filmie mamy ograniczoną liczbę postaci i należy tak lawirować akcją, aby ta piątka wycierpiała się za setki tysięcy truposzy i pokazała jak wytrzymałe jest ciało ludzkie i uwaga spoiler: jak można się lepiej poczuć bez ręki.

część II: Jaka historia, jaka to była historia...
Nie chcę porównywać oryginału i troszkę ubogaconego remake'u gdyż przede mną i po mnie spece od serii zrobią to zdecydowanie lepiej, powiem tylko co mi się bardzo podobało. Podobało się rzecz jasna dopieszczanie tak błahej historii, tak trywialnej fabuły, którą można streścić w 3 zdaniach: Grupa młodych ludzi stara się odciągnąć dziewczynę od dragów i zawożą ją do chatki na odwyk. Stara drewniana forteca ma w piwnicy niespodziankę - powieszone koty i Księgę umarłych. Po przeczytaniu zaklęcia przez jednego debila, ciałem narkomanki zajmuje się demon i chce zabić ich wszystkich aby zalać świat krwią i żywymi trupami (tak dla rozrywki). Historia podobna do pierwowzoru z kilkoma wyjątkami, a mianowicie nie ma wyskakujących zza lady demonów i ogromnych ilości masy solnej, w zamian za to mamy dopieszczone sceny, przejścia i kultowe kadry odwzorowane z pierwszych dwóch części tak aby pokazać je w innych okolicznościach i wywołać małe aplauzy u widzów. Skracając, odcina sobie rękę kto inny, pada właśnie nie jedna ręka, a dwie. Najciekawsza postać musi oczywiście paść w najmniej oczekiwanym momencie, a kiedy myślisz, że po sprawie, okazuje się, że to dopiero początek. Co ciekawe, klasyczne bronie (piła i maczeta) pojawiają się tylko na chwilę ale tak aby pokazać, że reżyser wie do kogo się modlił o wsparcie.
Irytujące są dialogi, bardzo denerwuje mnie w takich filmach nad wyraz pokazywana strona emocjonalna i rozmowy rodzeństwa o martwej matce leżącej na dnie piekła, którą się w czasie choroby nie odwiedzało, no do jasnej cholery zza plecami demon chcący pożreć Twoją duszę, a Ty się rozklejasz. Wyżej wspomniany goguś jest tak okropnie ospały i irytujący, że powinien zginąć na samym początku przed otworzeniem necronomiconu, od ugryzienia komara albo przez śliskie płytki w łazience.
Świetnie zgrana fuzja klasyki z nowymi rozwiązaniami i dodatkowymi scenami bardzo się podobała i gdyby nie to przeciąganie, uciekanie od sedna filmu to byłby to gigant tego roku (oczywiście w mojej ocenie).

część III: Efekty zapierające dech
Fede Alvarez postawił wysoko poprzeczkę na samym początku swojej kariery reżyserskiej. Taki legendarny gigant i odtworzenie go podobnymi sposobami? Nie było w tym filmie efektów komputerowych, a jak już były to chyba tylko montaż i drobnostki gdyż to co widzimy na ekranie to efekty wizualne, może nie manekiny i farbki, a najnowsze osiągnięcia w tej branży. Sztuczna skóra, świetne soczewki czy krew jak czekolada albo prysznic z czerwonej akwareli - wgniata w fotel. Rozcinanie ust, wymiociny hektolitrami krwawej mazi czy odcinanie ramion - żaden problem. Strzelanie pistoletem na gwoździe albo "zniszczalne" otoczenie to jedne z wielu plusów tego filmu. Bardziej cierpią ubranka, dopracowane ale jakieś takie za mało współczesne mimo, że film bardzo stara się uklęknąć przed latami 70' i 80' to część dialogów i sprzętu nakazują nam patrzeć na film jak na uwspółcześnioną wersję. Zadbano bardzo e detale, spisana calusia Księga zmarłych, realistyczna ludzka skóra na okładce czy ustawienie mebli i pomieszczeń w chatce i poza nią bardzo mi się podobało. Niewiarygodność efektów anatomicznych i fizjologicznych naszego ciała również gra tu pierwsze skrzypce gdyż teraz nikt nie uwierzy, że po skaleczeniu w szyje będzie taka sama krew jak w rękę, a wyszarpany kikut to nie to samo co odcięta ręką.
Muzyka to istne pole do popisu Roque Bañosa gdyż łączy dynamiczną i czasami za szybka muzykę ze śpiewanymi egzorcyzmami i recytowanymi słowami tajemnego języka. Ciarki i podniecenie w jednym. Zachowanie i poprawienie jeszcze klasycznego logo z 1981 to fantastyczny sposób na zszycie klimatu, problem powstał z plakatami - zarówno pierwszy teaserowy jak i kolejne dwa nie podołały i samo nagromadzenie ogromynych słów przed biedną dziewczyną z pierwszych minut filmu prawdopodobnie nie zachęci osób niezaznajomionych z hiciorem sprzed lat.

reasumując: Groovy
Chcę wierzyć, że jest to jednostrzałowy blockbuster łączący w sobie to co najlepsze z Martwego Zła i składający hołd Raimiemu gdyż nie mam pojęcia jak mogłaby wyglądać druga odsłona, a jak wiemy, ten film, w żaden sposób nie łączy się z trylogią i nie połączy się, ponieważ ma powstać część IV oficjalnie potwierdzona przez Bruce Cambella i Raimiego. Co do całości - polecam wszystkim głodnych okropności, fanom - naturalnie, horrorowym maniokom też. Pozostałe osoby o słabych żołądkach - proszę się nie zbliżać do kina, a przynajmniej do sal z filmem Evil Dead.

W spojlerowych zdaniach (zaznacz aby przeczytać): Warto oglądać dokładnie aby znaleźć ogrom smaczków prosto z 1981 roku. Dam ruch kamery, dialogi z opętanymi osobami czy zmiana głosów demona to niebywały ukłon. Początek filmu jednak troszeczkę rozczarowuje i mógłby być wpleciony w całość historii jako dodatek. Idiotyzmem jest rzecz jasna dylematy głównych bohaterów i racjonalne podejście do sprawy, ale to już moje bóle i bolączki. :)

Ciekawostki:
  • Na samym końcu, po napisach pojawia się "nieoczekiwanie" idol fanów trylogii i mówi już kultowe słowo (można znaleźć na youtube)
  • Nie ma podobnych zdań czy zwrotów w czasie całej demonicznej potyczki ale "czasami" trzeba rękę stracić aby zastąpić ją czymś innym (if you know what i mean)
  • Diablo Cody napisała część scenariusza, to ta kobieta od filmu Juno czy Jennifer's Body
EVIL DEAD (2013)
9/10


posterek:
gatunek: horror
premierowo: 8 marzec (5 kwiecień) 2013
dyrekcja: Fede Alvarez
skrobacze: Diablo Cody, Rodo Sayagues Mendez, Fede Alvarez
przyaktorzyli: Lily Ford z Monstera, Magik z Debiutantów, Peter z Czerwonego Kapturka i Mandy Milkovich z Niepokornych
cytat: “Everything’s gonna be fine? I don’t know if you noticed this, but everything’s been getting worse… every second. Does that sound fine?”

Brak komentarzy: