niedziela, 3 listopada 2013

#288 The Last Days on Mars (2013)

Nareszcie film na jaki czekałem bardzo, bardzo długo. Nowa produkcja z udziałem Lieva Schreibera była pod moją lupą od początku preprodukcji, a po informacji dotyczącej gatunku i klimatu stała się kolejnym filmem „must see”. Last Days On Mars to tytuł, który obok Czerwonej Planety i Misji na Marsa będzie bardzo istotnym widowiskiem dotyczącym podróżowania na tajemniczą planetę i odkrywania jej tajemnic. Po zwiastunie liczyłem na film, który klasyfikuje się w kategorii: izolacja – infekcja – ewakuacja, krótko mówiąc hity pokroju Coś (czyli zacierałem rączki od dawna). Czy moje nadzieje runęły równie szybko jak powstały? Przekonacie się poniżej!

A u r o r a  M a r s  M i s s i o n  2 .
Mission duration: 6 months
Mission time remaining:
19 hours 59 minutes 16 seconds… 15 seconds… 14 seconds…
O takich filmach nie można mówić, że są oryginalne I nowatorskie. Nie można używać słowa świeże, gdyż filmów o misjach w kosmos osadzonych w niedalekiej przyszłości jest na pęczki. Ostatnie kilka lat to ogrom tytułów począwszy od rewelacyjnego Moon czy ostatnio Grawitacja troszkę gorsze Europa Report czy okropny Apollo 18 (mamy Iron Sky, Elizjum czy Prometeusza, a to dopiero początek listy). Wszystkie te tytuły dotyczącą prędkości kosmicznych, przekroczenie których oznacza oderwanie się od naszej planety bądź wyrwanie się z naszego układu. Jednym z większych problemów jest fakt, że spoczywają one na sekwencjach i scenach tytanów takich jak 2001: Odyseja Kosmiczna czy Obcy (to po pierwsze). Kolejny problem to dobre filmy powstałe od początku lat ’90 aż po wyżej wspomniana Misje na Marsa oraz wysyp okropnych produkcji science fiction klasy B. Po takiej historii gatunku ciężko pokazać coś porywającego.
Inną odnogą tego gatunku jest horror rozwijający się jak mikroorganizm – po cichu, na początku spokojnie, aż nie sparaliżuje całego organizmu aby w końcowej fazie zabić (dobrze jak zabije bohaterów, a nie widza). Klasycznym już przykładem jest Coś albo niektóre odcinki z Archiwum X. Na początku lekkie przeziębienie, potem dziwne objawy i totalna psychoza, niby klasyka, lecz dodajmy izolowane środowisko i nie mamy pojęcia skąd to podciąganie nosem. 
Główny bohater Vincent to klasyczny marsjański zawadiaka. Sypnie żartem, walnie z bara i poderwie z dwie panienki. Tak naprawdę ma daleko w dupie tę całą misję i jego jedynym celem jest powrót do domu. Sytuacja zmienia się w sytuacji kiedy pod mega mikroskopem jego drużyna odkrywa w marsjańskim pyle, bakterię (zwykła pałeczka) od której zaczyna się prawdziwa jazda (czyli pierwsze ofiary).
Minuta dwudziesta, a ja już się cieszę. Mimo bardzo słabego kontrastu, pustynnego krajobrazu i męczącego montażu (o dźwięku nie wspomnę) sekwencje mnie po prostu ruszają. Świetna gra Eliasa Koteasa tylko poprawia sytuację aktorską filmu (o „Szablo zębnym” złego słowa nie powiem) ponieważ reszta ekipy kuleje i to nie z powodu słabszej grawitacji czy szerzącej się marsjańskiej rzeżączki.
Fabuła to klasyk pisany przez duże K. Ekipa siedzi na Marsie już chwilę, co kilka dni mają jakieś fajne ekspedycje, bawią się w tej czerwonej piaskownicy i badają próbki. Ja na swoich studiach robię dokładnie to samo, pobieram próbki wody i oglądam pod mikroskopem oznaczając przy tym gatunki występujących glonów. W przypadku Misji na Marsa glonów nie ma, ale i tak jest zajebiście – odnalezienie życia to duże odkrycie (największe?). Bakteria powoduje zamieszanie i jedyną możliwością uratowania zdrowej ekipy jest… Sami możecie sobie dopowiedzieć. Sama akcja gdzieś od połowy filmu przychodzi na myśl fragment z powieści Robocalypse (którą gorąco polecam – Spielberg się za nią bierze od dłuższego czasu więc będzie blockbuster za dwa lata). Wchodzenie do niezbadanych miejsc, pełne napięcia sceny z podniosłą muzyką, jak nie kochać horrorów.
Universal, Magnet oraz Focus Features to firmy odpowiedzialne za tę produkcję. Universal zrozumiem, ale Focus? Magnet również nie grzeszy hitami w ciągu ostatnich kilku miesięcy więc zrozumiałe, że chcieli się w jakiś sposób odbić.
Kilka godzin do końca misji wystarczy aby zaszokować widza, tempo zmienia się diametralnie, a akcja ze smętnego dramatu przeskakuje w klimat typu Resident Evil. Nie dostajemy odpowiedzi tylko garść brutalnych scen w blasku migoczącego światła alarmowego. Co chwilę w głowie pojawia się zdanie „What the f***?”. Ciężko rozsiąść się wygodnie w fotelu, ponieważ co chwilę mamy scenę niedopierdzielającą naszą koncepcje. Ktoś psuje drzwi, ktoś psuje kogoś, ktoś psuje światło, a wszystko podczas klimatycznej nocy (bez gwiazd?).
Kolejne pół godziny i poza wartką akcją i coraz bardziej przewidywalnymi sekwencjami dostajemy zdjęcia burzy piaskowej aka. mgły, która umiejętnie utrudnia dostrzeżenie postaci co pogłębia i tak już wysoki poziom niepokoju. Finał – palce lizać, szkoda tylko, że błyskawiczny i bez rozwinięcia w dodatkowej scenie np. po napisach. 
Na koniec pytanie nasuwa się samo, czy produkt sprostał moim wymaganiom (bardzo niskim w stosunku do innych gatunków)? Odpowiedź jest niejednoznaczna. Z jednej strony jest to tak bardzo kiepskie wizualnie dzieło i tak bardzo płytkie pod względem fabularny, że wstyd, że się tak napaliłem. Mógłbym nawet stwierdzić, że jest to kosmiczny odpowiednik recenzowanej jakiś czas temu Kolonii (Colony) ale… Film ma ogromny potencjał, świetne sceny, zaskakujące dziwadła (który chyba przypadkiem powstały przy montażu, w stylu kołysania kamery czy obcinania głów w kadrze) oraz akcja trzymająca w napięciu zasługują na uznanie. Filmy tego typu mogą spieprzyć aktorzy i kiepskie efekty wizualne, ta produkcja do tych kategorii się nie zalicza. Idiotyzm naukowy również wychodzi na plus, obsada nie tłumaczy i stara się nie snuć naukowych teorii tylko radzić sobie z nową sytuacją. Ocenę swoją usprawiedliwiam całkowitym fanatyzmem tego typu filmów. Po pierwszym seansie daję aż 8/10.

P.S. Oglądając film nie warto co chwile porównywać go z innymi filmami, hitami w których grała plejada gwiazd bo to tylko spaczy obraz, a przecież o klimat tu chodzi – i klimat jest!

THE LAST DAYS ON MARS / The Last Days on Mars (2013)
OniryzMovie ocenia: ●●●●●●●●●●
gatunek: horror
reżyseria: Ruairi Robinson
scenariusz: Sydney J. Bounds
obsada: Liev Schreiber, Romola Garai, Elias Koteas
cytat: “Hold his head, HOLD HIS HEAD, I SAID"


autor: Maciej "temptershell" Wojtoń
edycja: Laura "yymwonderland" Zgoda

Brak komentarzy: