niedziela, 8 czerwca 2014

#320: Edge of Tomorrow (2014) ★★★★★★★★★☆

Ciężko być oryginalnym przy takiej produkcji, ciężko cokolwiek napisać co różniłoby się od setek innych recenzji traktujących o tym filmie. Edge of Tomorrow to produkt najwyższej klasy i jak na razie jest najciekawszym i najlepszych filmem science fiction w tym roku. Bez wahania można postawić mu najwyższe noty, a w recenzji pochwalić wiele aspektów, nie tylko samego widowiska, ale i produkcji. Zapraszam do recenzji!

Zacznę oczywiście od genezy filmu, gdyż jak to coraz częściej bywa, scenariusze „na czymś” bazują. Czy to komiks, opowiadanie czy powieść (zatrzymam się nad tym, ponieważ w głównej mierze chciałbym skoncentrować się na kinie fantastycznym). All You Need Is Kill (オール・ユー・ニード・イズ・キル, Ōru Yū Nīdo Izu Kiru) to powieść japońskiego pisarza Hiroshi Sakurazaki, który był również współtwórcą scenariusza Edge of Tomorrow. O filmie usłyszałem gdzieś w okolicach stycznia i od razu rozpocząłem poszukiwania jego źródła. Powieść dorwałem, ale niestety tylko w wersji angielskiej, a w związku z brakiem czasu odłożyłem ją na „później”. Gromadząc materiały promocyjne i informacje na temat produkcji (lubię się przygotować do filmów na jakie czekam), wyczytałem, że na bazie All You Need Is Kill powstała manga oraz komiks (amerykański graphic novel). W związku z tym, że mangi nigdy nie czytałem i raczej nie zamierzam – pochłonąłem 92. stronicowy komiks. Mimo kiepskich rysunków bardzo efektownie pokazuje zarys fabuły i relacje głównych bohaterów, których już teraz możemy oglądać w kinach. Jeżeli chodzi o wersje papierową All You Need Is Kill (czytałem o różnicach między powieścią a komiksem i różnic za bardzo nie ma) to dostajemy dobre postacie osadzone w realiach inwazji obcych, dzięki którym doświadczamy nie tyle podróży w czasie co slangowego respawna w konkretnym punkcie w czasie.
Wracając do filmu, muszę stwierdzić, że po Limanie nie spodziewałem się nowego filmu science fiction (reżyser: Doug Liman). Nakręcił on bowiem Jumpera, ale była to raczej lekka opowieść o teleportowaniu i finezji w tym było tyle co w filmach Uwego Bolla. Po kilku jego produkcjach można założyć, że pokarze coś konkretnego (The Bourne Identity (2002) oraz Mr. and Mrs. Smith (2005) to filmy wyborne), ale pod znakiem zapytania był również scenariusz i zdjęcia. Za historię odpowiada rodzeństwo Butterworth (dwójka z bodajże piątki scenarzystów i reżyserów teatralnych), sam Sakurazaka oraz Christopher McQuarrie, którego nie znam i słowa o nim nie napiszę [korekta w komentarzu]. Wyszło nad wyraz dobrze choć jak przystało na kino blockbusterowe – zawiłością wątków to fabuła nie grzeszy a i postacie drugoplanowe przekonujące nie są (to chyba za to jest te 9/10, a nie full).
Za zdjęcia odpowiada  Dion Beebe (Equilibrium oraz Oskar za Wyznania Gejszy), który niestety również był odpowiedzialny za film Green Lantern, ale przy Edge of Tomorrow można mu to drobne potknięcie wybaczyć. Film wygląda fenomenalnie, dzięki tym ujęciom i dobrze dobranym kadrom widzimy raczej film wojenny (co z tego, że w przyszłości), a nie klasyczne przejaskrawione starcia z kosmitami. Są oczywiście wybuchy i szturmy na roje ośmiornicopodobnych kosmitów, ale tutaj mamy raczej taktyczne bojówki z II Wojny Światowej, a nie futurystyczne pola bitwy. CGI praktycznie nie ma, ogrom pracy aktorów i kaskaderów aby dzięki uprzęży i linie pokazać zapierające dech kino akcji, a nie komputerowe wybuchy i stwory. Dynamiczny i bardzo realistyczny obraz zostaje obleczony w dobrą ścieżkę dźwiękową jak dotąd komediowego Christophera Becka.
ciii, poczekamy aż wyjdą na papierosa
Pozostaje kwestia wizji niedalekiej przyszłości. Kosmici – ciekawi, lecz nie nadzwyczajni, liczyłem na coś w stylu squidów z Matrixa, a nie mackowatych Transformersów, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Kombinezony żołnierzy przyszłości wyglądają po prostu ok. 
[Z jednej strony jest to ukłon w stronę grup uderzeniowych z filmu Aliens. Widzimy w nim, że rozwój technologiczny oraz kulturowy eliminując waśnie między ludźmi nie eliminuje konfliktów  zbrojnych. Ludzie mogą zostać zaatakowani przez wrogów spoza Ziemi, a w związku z tym żołnierze będą zawsze potrzebni. Podobną wizję mamy w serii filmów Starship Troopers oraz powieści Robert A. Heinleina pod tytułem Kawaleria Kosmosu. Drugim punktem odniesienia są zapewne  mechy z Matrixa bądź innych produkcji, gdzie nie ważna jest ochrona ciała tylko „firepower”.]
Egzoszkielet bądź uzbrojony egzopancerz nie jest doskonały acz efektowny i bardzo mobilny. Widzimy bojówki pozbawione zdrowego rozsądku, ważne dla nich jest spuszczenie wulgarnego wpier… kosmicznym najeźdźcom, a nie regularne eliminowanie ich zza krzaka.
On lata! – On gada! – No a jak, ty głupku. Gadam, latam – pełny serwis! Latać każdy może, trochę lepiej, czasem trochę gorzej... ale niestety ja mam talent!
Fabuła jest bogata w masę gagów sytuacyjnych i słownych żartów dzięki czemu jest bardziej zjadliwy i jeszcze lepiej plasuje się w konwencję blockbusterów od Warner Bros. Główną rolę gra Tom Cruise, którego przedstawiać chyba nie trzeba. Większość, jeśli nie wszyscy, zdają sobie sprawę, że Tom poświęca się cały na planach zdjęciowych. Nie lubi kaskaderów i jest pieprzonym perfekcjonistą, więc jestem pewien, że i przy tym filmie wszystko robił sam albo przynajmniej po swojemu. Czarujący kurdupel i w tym filmie jest świetnym aktorem, a w duecie z Emily „Full Metal Bitch” Blunt po prostu rozkłada widzów na łopatki. Pojawia się również Kick Gurry, którego można kojarzyć z takich filmów jak Speed Racer czy Buffalo Soldiers. Reszta, tak jak wyżej wspominałem – nie rzuca się w oczy. 
Dla mnie była to zabawa przednia, pełna humoru, akcji i rewelacyjnych ujęć. Brakowało troszkę drugiego dna, ale nie można mieć wszystkiego.

autor: Maciej Wojtoń
edycja: Laura Zgoda

Edge of Tomorrow / Na Skraju Jutra (2014)
OniryzMovie ocenia: ★★★★★★★★★

3 komentarze:

Patryk Karwowski pisze...

A Bill Paxton ? Nie rzuca się w oczy ? był zajebisty

Anonimowy pisze...

Christopher McQuarrie to przecież scenarzysta nagrodzony Oscarem za "Podejrzanych", często współpracował z Bryanem Singerem.

Maciej Wojtoń pisze...

Paxtona nie lubię i kolejny raz mnie nie przekonał, niestety (chociaż rolę miał ciekawą).
Co do MxQuarrie to moja wina, nie doczytałem, gdyż większość scenariuszy pisał z kimś albo po kimś poprawiał, a to przecież twórca historii filmu The Usual Suspects (dziękuję za przypomnienie) oraz co ciekawe reżyser zeszłorocznego Jack Reacher
Jeszcze raz mea culpa, przy pisaniu recenzji mi McQuarrie uleciał, a równy z niego chłop.